Zdzisław Brałkowski

Chłopy! My wszyscy Białorusiny! (cz.1/2)

fragment nowej książki "Wileńszczyzna w miniony czas"

W 1947 roku żniwa wreszcie były dobre. Ludzie mówili, że teraz jest już najwyższy czas na repatriowanie się – rodzina Janka i jego najbliżsi krewni, oraz cała wioska, jak jeden mąż. Z sąsiednich miejscowości podobnie. Pod koniec sierpnia chłopy gromadnie pojechały do powiatowego miasta Oszmiana po stosowne papierki, do władzy po zaświadczenia, że jako Polacy chcą wrócić do Polski, Matki – Ojczyzny swojej.

Nie przepychali się w urzędzie. Kilku z nich, najwcześniej przybyłych, grzecznie weszło do budynku, jeden za drugim. Wiadomo, otrzymanie bumagi na repatriację to bardzo poważna sprawa, nie można się pchać, jak na odpuście do kramów. Swoje trzeba odstać.

Jeden z chłopów zapukał w drzwi właściwego pokoju i wszedł do środka. Inni zakurzyli papierosy na korytarzu i szybko otworzyli okna, gdyż gęsty dym od razu wypełnił pomieszczenie. Ledwie kilka razy porządnie się zaciągnęli, a drzwi ponownie się uchyliły i pierwszy z interesantów wyszedł.

– Co, tak szyb… – Chłop, stojący w kolejce jako drugi, zdziwił się, ale nie dokończył. Zaskoczył go wyraz twarzy wychodzącego – miał dziki wzrok i zmierzwione włosy; wyglądał, jakby przed chwilą dostał obuchem w głowę. Zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie plecami i przeciągnął dłonią po odświętnie wygolonych policzkach.

– Chłopy… ja, ja… – Odkaszlnął i wreszcie wykrztusił: – Ja nie jestem Polakiem!

– Co ty gadasz? Ot, szaleju się najadł. Do urzędu jedzie, a schlał się od rana. – Kilku chłopów zaczęło mówić naraz.

– Nie! Tak mi ten Rusek powiedział. – Z rozognionymi oczyma, jakby miał gorączkę, wskazał na zamknięte drzwi. – Że ja Białorusin, nie Polak. Nie mogę jechać do Polski. Ja Białorusin!

– No, durak ty. – Jeden z chłopów odsunął go niecierpliwie, otworzył drzwi i wchodząc do środka, dorzucił: – Pewnie w papierach masz coś nie tak. Poprawisz i już.

„Białorusin” nic już nie odpowiedział, tylko chwycił się dłońmi za głowę, pokręcił nią na boki i niesłyszalnie coś do siebie mamrotał. Wyglądał na naprawdę oszołomionego. Pozostali niepewnie spoglądali po sobie, niektórzy wzruszali ramionami. Nie wiedzieli, co sądzić o tym. A tam, tak, na pewno zwykła pomyłka w papierach. Zaraz wyjdzie ten, co teraz wszedł i pokaże bumagę na repatriację.

W tym czasie na korytarzu pojawiło się kilku nowo przybyłych, wśród nich Feliks Brałkowski z synem Staszkiem i jego szwagrem, Masalskim. Od razu zauważyli, że chłopi oczekujący w kolejce mają dziwne miny.

– Co jest? – zagadnął Feliks. – Nie wpuszczają?

– Nie – odrzekł najbliżej stojący. Zaciągnął się mocno papierosem i wskazał na stojącego pod ścianą, przy drzwiach. – Ten już był. Wyszedł i mówi, że jest Białorusinem. Coś pewnie w papierach nie tak. Ale…

\Nie dokończył, gdyż usłyszeli podniesione głosy, dochodzące z pokoju. Co znów? Chwilę później drzwi się otworzyły i wyszedł... Nie, nie wyszedł a wypadł drugi z chłopów. Nie wyglądał wcale lepiej, niż pierwszy; zachwiał się, uchwycił klamki i krzyknął:

– Chłopy! – Kilka razy wciągnął głęboko powietrze do płuc i ponownie krzyknął: – Chłopy! My wszyscy Białorusiny! Nie Polacy! Wszyscy!

Tego było za wiele dla poddenerwowanych, już wcześniej oczekujących oraz nowo przybyłych. Pierwszy z nich odtrącił stojącego w drzwiach i wpadł do środka pokoju, a za nim, hurmem, cała gromada.

Siedzący w głębi pomieszczenia urzędnik podniósł wzrok znad papierów, które czytał przy biurku i zimno spojrzał na hałaśliwą hałastrę.

– Czytać nie umiecie? Kartka na drzwiach wisi, że po jednym wchodzić.

Takimi słowami można usadzić w miejscu jednego interesanta, ale nie rozwrzeszczaną gromadę. Nawet w państwie totalitarnym emocje czasem biorą górę nad obawą przed konsekwencjami.

– Tamci... – któryś z chłopów przekrzyczał rejwach i wskazał ręką na drzwi – tamci mówią, że niby nie są Polakami. Że niby Białorusini! I my wszyscy też!

Urzędnik zamknął teczkę z papierami, oparł się o oparcie krzesła, złożył ręce na piersiach i chwilę odczekał, aż umilkli. Dopiero wtedy beznamiętnie odpowiedział:

– Tak stoi w papierach, które mam. – Nachylił się nad biurkiem i stuknął palcem w leżącą przed nim teczkę. – Nie ma już Polaków w rajonie. Ci którzy byli, dawno wyjechali.

Dopiero wsadził kij w mrowisko. W pierwszej chwili wszyscy obecni oniemieli, ale za chwilę rozległa się kakofonia wrzasków:

–  Jak to ?! Co to?! Co wy?! My Polacy z dziada pradziada! Polska Ojczyzną naszą, do niej chcemy wrócić! – Chłopi przekrzykiwali się wzajemnie, wymachując zaciśniętymi pięściami przed nosem urzędnika.

Służbista musiał być wprawiony w swojej pracy i w radzeniu sobie z natrętami. Ponownie przeczekał najgłośniejsze wrzaski i spokojnie zakomunikował:

– Jak mówiłem, wy nie Polacy, a Białorusini.

– My Polacy! – odkrzyknął Staszek. – Chcemy wracać do Polski!

– Polacy mogli i wyjechali. Białorusini nie.

– Mamy papiery! – krzyknął ktoś w głębi, wymachując kilkoma kartkami. – Polskie! Chcemy wracać do Polski!

Urzędnik znowu chwilę odczekał i ponownie postukał w teczkę:

– Tu są papiery. Urzędowe. Tylko Polacy mieli prawo do repatriacji do Polszy. Wy Białorusini, nie macie prawa. Wszystko.

Krzyki chłopów roznosiły się przez otwarte drzwi i okna na zewnątrz budynku, alarmując tam oczekujących. Długo nie trwało, a pokój zapełnił się nowo przybyłymi z podwórza; ci, dla których nie starczyło miejsca, tłoczyli się na korytarzu. Złowróżbna informacja rozeszła się między nimi błyskawicznie, powodując taką samą reakcję, jak poprzedników.

cdn.


Od 2 do 10000 znaków